Studia w wersji light

„Śmiali się, gdy poszedłem na politologię. Mówili, że to bez przyszłości, że nie znajdę po tym pracy. Teraz to ja się śmieję, gdy nakładam im mniej frytek lub nie dodam sosu.” (źródło: internet). Dowcipy, szczególnie te dobrze osadzone w rzeczywistości, są zarazem śmieszne jak i straszne. Podobne emocje targają mną po lekturze artykułu pod wiele mówiącym tytułem Studenci i wykładowcy marzą tylko o tym, by przetrwać. Przy jak najmniejszym nakładzie pracy.
Z rozmowy wynika, że na uczelniach nagminne jest lekceważenie, czytaj niesłuchanie w ogóle tego co mówi, wykładowcy przez studentów. Ci nie pozostają im dłużni i nie zależy im na nich. Okazują to w różny sposób. Prowadzą wykłady, będące często monologami, w sposób schematyczny, nudny i przewidywalny. Nie przychodzą na dyżury, seminaria traktują jako zło konieczne i generalnie studenci wydają się być kulą u nogi. Czemu się jednak dziwić, gdy na uczelnie trafiają obiboki i lesserzy, który przyszli po papierek. Z drugiej strony jak takiemu profesorowi nie jest wstyd podpisywać się pod pracą magisterską pozera.

Uczelnie walcząc o każdego żaka, zapomniały najwyraźniej o całej idei szkolnictwa wyższego. Z murów uczelni powinni wychodzić ludzie oświeceni, wykształceni tak, by zdobytą wiedzę wykorzystywać do ulepszania świata. Więzi pomiędzy studentem a jego profesorem powinny owocować przez kolejne lata. A rzeczywistość jest inna. Uniwersytety kończą ludzie starsi o kilka lat i w większości z wiedzą i umiejętnościami na podobnym poziomie, co na początku studiów. Nie wykorzystują wiedzy, bo jej nie pamiętają. Ich promotorzy, którzy z nazwy powinni awansować swoich podopiecznych na drabinie społecznej, zapominają o nich zaraz po obronie. Student broni się przed otrzymaniem pytania problemowego, które obnarzyłoby jego dyletanctwo a promotor broni się przed zwolnieniem.

I jeszcze cytat z artykułu: „Nauka polega na stawianiu odważnych pytań i wspólnej próbie docierania do prawdy. Tymczasem współczesna zreformowana szkoła „produkuje” młodzież wyćwiczoną w wypełnianiu testów, zniechęcaną do stawiania pytań i krytycznego podejścia do rzeczywistości. Obecna reforma szkolnictwa wyższego wprowadza tę zasadę także wobec naukowców – liczą się punkty za publikacje oraz „cytowalność” prac. Tworzymy społeczeństwo doskonale sformatowane, odtwórcze i pozbawione własnego zdania.”

Reklamy

Nowy dział – Aplikacje w szkole

Zapraszam wszystkich nauczycieli, uczniów i rodziców do korzystania z zawartości nowego działu „Aplikacje w szkole”. Zgromadzone zostaną tam najlepsze, najbardziej funkcjonalne narzędzia, które można a anawet powinno się wykorzystywać w nowoczesnej szkole. Z ich pomocą organizacja własnej pracy i gospodarowanie czasem staną się atutem w rękach każdego ucznia i nauczyciela. Zachęcam wszystkich do zgłaszania propozycji aplikacji, które są warte podzielenia się nimi i do przesyłania mi własnych recenzji, korzystając z zakładki kontakt. Wszystkie zostaną opublikowane. Dzisiejszą aplikacją jest Dropbox.

Religia z nudów

W ubiegłotygodniowym numerze „Polityka” ukazał się kolejny artykuł, autorstwa Joanny Podgórskiej, poruszający kwestię religii w szkole. Tym razem w kontraście do etyki. Skąpy jednak procent uczniów w Polsce ma ten komfort, by mieć wybór. Nie każdy rodzi się katolikiem, mimo że tak każe widzieć Polaka duchowieństwo. Co z tego, jeśli uczniowie z braku innych opcji muszą decydować się na uczestniczenie w często absurdalnie prowadzonych lekcjach. Dla świętego spokoju, ze strachu przed wyobcowaniem, z nudów, z braku laku. Lekcje religii, na których przekazywana jest anachroniczna, skostniała i jedyna słuszna wiedza o kościele, modlitwach i kolorze ornatu, wołają paradoksalnie o pomstę do nieba. Wiara, wolność wyznania, równość stanowi ułamek procenta wiedzy przekazywanej przez – no właśnie przez kogo? Przez księży nie lubiących dzieci i nie rozumiejących młodzieży, na siłę wpychanych przez proboszczy do szkół. Przez katechetów, wśród których zdarzają się i tacy, którzy są w konflikcie z lokalnym środowiskiem kościelnym. Nie mam nic przeciwko prowadzeniu zajęć przez ludzi oświeconych, wybiegających poza ramy praktyki religijnej. Przecież religioznawstwo, sięganie do korzeni, umiejętność interpretowania tekstu Biblii w oparciu o historię jest fascynujące, intrygujące. Tego uczmy.

A najlepsze w tym wszystkim jest to, że nasz złoty MEN nie ma na to żadnego wpływu. Nieboska tragedia.

Z nadzieją w nowy rok szkolny

Powakacyjnie i wrześniowo zrobiło się w szkołach. Na twarzach uczniów zagościły uśmiechy a odwzajemnione przez nauczycieli pełnych zapału rozświetliły wnętrza sal lekcyjnych i korytarzy. Nowoczesne ławki jakby zapraszały do siebie, oferując przeszklone ekrany dotykowe, gdzie każdy uczeń zakładał osobiste konto do kontaktu z nauczycielem. I to nie byle jakim, ale z nauczycielem XXII wieku, w pełni zintegrowanym z nowoczesnością, z nauczycielem-mistrzem, przewodnikiem w świecie wiedzy. Dziś lekcje trwają do 14:00, potem rozpocznie się pierwsze w tym roku szkolnym zebranie koła młodych programistów. Zgłosiło się już 30 uczniów…

…tak mogłaby się rozpoczynać powieść science fiction, umiejscowiona gdzieś w roku 2100, w Polsce. Rzeczywistość jest inna. Nie będę jej tu opisywał, bo nie o narzekanie mi chodzi. Zastanawiam się nad tym, czy ów szkoła nie może wyglądać właśnie tak już teraz w 2013 roku. A może już tak wygląda? Są przecież ekrany dotykowe, najnowocześniejsza technologia, a uśmiechać się każdy potrafi. Nie każdy?

Potrzeba nam nauczycieli z prawdziwej pedagogiczno-dydaktycznej gliny ulepionych, wypalanych w najnowocześniejszych piecach z użyciem najlepszych komponentów. Jeśli zabraknie mistrzów, uczeń nie będzie miał kogo wyprzedzać, przerastać i prześcigać. A przecież o to chodzi. Kluczem do wytworzenia takich zależności jest, według mnie, stałe doskonalenie. Siebie, swojego warsztatu, otoczenia. A że nic nie jest doskonałe, trzeba to robić nieustannie. Weźmy sprawy w swoje ręce, domagajmy się szkoleń, eksperymentujmy z nowymi technikami nauczania, bądźmy ciekawi uczniów i tego, jaki jest ich świat. Jeśli się tego nie dowiemy, to w 2100 roku ktoś może napisać dramat obyczajowy oparty na faktach.

Wakacje, półmetek

Wakacje upływają mi, jak i wielu nauczycielom mam nadzieję, na zasłużonym odpoczynku. I zasłużonym piszę z pełną świadomością kalibru tego określenia. Tego stresu nie da się wyrzucić z siebie w wyniku 2 tygodniowego wypadu wakacyjnego. Tu potrzeba miesięcy. By zregenorwać nerwy, organizm i naładować się pozytywnymi emocjami. Czemu? By we wrześniu stawić się gotowym do pracy w imię powiedzenia „obyś cudze dzieci uczył”.

Krew zalewa

Milion złotych niemalże wydane zostało na przeprowadzenie pierwszego w Polsce badania czasu pracy nauczycieli. Zadaniu sprostało samo ministerstwo. Brawo. Zadanie było proste. Zapytać nauczycieli poszczególnych przedmiotów, które z wymienionych w ankiecie czynności zajmują im czasu. Było ich 54 i nauczyciel mógł określić konkretny wymiar czasu poświęcanego na wykonywaną czynność. Wyniki oczywiście były z góry do przewidzenia i nikt Ameryki nie odkrył. Za okrągły melon dowiedzieliśmy się kilku rzeczy, oczywistych. A że czas pracy nauczycieli wykracza poza pensum, czyli 18+2. Nauczyciele zadeklarowali 47, średnio. A to znowu, że poloniści najwięcej a wuefiści najmniej, ale i tak powyżej pensum. Nic w tym dziwnego, z racji ilości godzin j. polskiego i nawału prac pisemnych. Kolejną zagadką, którą dzięki Instytutowi Badań Edukacyjnych wreszcie odkrył MEN, okazała się niższa od pozostałych liczba godzin poświęcanych przez katechetów – o zgrozo 33.

A teraz odrobinę liczb. Zaokrąglając, 1 000 000 złotych przypadło na 4762 nauczycieli, bo tylu wzięło udział w ankiecie. Warto jednak zauważyć, że 4600 wypełniło ankietę online.

Komentarz pani Szumilas jest dość oszczędny. Nie zamierza podnosić pensum. Uważa, że pracę nauczycieli należy jednak inaczej zorganizować. Cóż to oznacza, oczywiście nie wiadomo. Może trzeba w ankiecie za kolejny milion zapytać nauczycieli, mnie również, jak widzą to „inaczej”. Może na WF-ie będą klasówki i prace domowe a katecheci prowadzić będą dodatkowe zajęcia jak kółka różańcowe.

Każdy, kto pracuje w szkole, wie, że pracy jest od groma a po wyjściu z budynku szkoły, nie wychodzi się z pracy. Ciekawe również, czy uwzględniono pracę pedagogów i psychologów, którzy również pracują po kilkadziesiąt niejednokrotnie godzin. Tak czy siak, milion wydany, zarobiony, podkładka pod zmiany w ustawie jest i nie ważne, że ankieta badała subiektywne odczucie nauczycieli. Nie wiem, czy sami nie podcinają gałęzi, na której siedzą, skoro wychodzi ponad 40 godzin, to czemu tego pensum nie podnieść.

Czy matura dojrzeje do religii

Tym razem MEN-owi przyjdzie, nie po raz pierwszy, zmierzyć się z kościołem. Ten, ustami samego biskupa, walczy o to, by na maturze można było zdawać religię. Przedmiot nie objęty podstawą programową miałby być tożsamym egzaminem z biologią, geografią itp. Ciekawa kompozycja. Mnie natomiast zastanawia inny aspekt tej sprawy. Biskup reprezentuje religię katolicką i pewnie o taką chodzi mu na maturze. A co z tymi, którzy postanowiliby zdawać inną religię? Na przykład prawosławną albo buddyjską. Czy znajdą się specjaliści gotowi ułożyć zestawy egzaminacyjne? A może w tym wypadku nie będzie swobody wyboru?
Zmierzamy w kierunku zatwierdzenia religii jako obowiązkowego przedmiotu w szkołach a co za tym idzie włączenia do podstawy programowej. Skoro jednak wiara i religia są kwestią osobistą, średniowiecznym pomysłem wydaje się narzucanie ich młodym ludziom. Tylko co do gadania mają nasi uczniowie…